13. UCIEKAJ!
– Więc… co mam zrobić? – Harry spojrzał wyczekująco na Snape’a.
– Musisz otworzyć drzwi. Kiedy to zrobisz, spróbujemy się dostać na drugie piętro, najciszej jak zdołamy. Mam tam trochę leczniczych i wzmacniających eliksirów i, jak już powiedziałem, różdżkę Quietusa. Z tym patykiem – wskazał głową na pochodnię trzymaną przez Harry’ego – nie możemy wykonać najprostszego zaklęcia. Najważniejsze to być cicho… nie chcę biec, dopóki nie będzie to konieczne.
Harry przytaknął i podniósł się na nogi, ale natychmiast tego pożałował. Zakręciło mu się w głowie i poczuł się słabo – możliwe, że bezróżdżkowa magia miała też swój udział w jego zmęczeniu… Nie wiedział.
– Myślę, że… będziemy mieć pewne problemy z dotarciem na drugie piętro.
– Tak… – jęknął Snape, wstając ostrożnie. – To jest główny powód tego, że nie chcę biegać. Po prostu nie jestem w stanie. Ale może będziemy musieli, jeśli wydamy jakiś dźwięk, a chcemy żyć nadal. Otwórz drzwi, ale… zaklęcie… bądź bardzo cichy i delikatny. Jak powiedziałem, ten patyk w twoim ręku nie jest prawdziwą różdżką, jedynie czymś podobnym do niej.
Chłopak przytaknął i podniósł pochodnię.
– Alohomora – wyszeptał najciszej i najdelikatniej jak mógł, wskazując patykiem na drzwi.
W następnej chwili drzwi wyleciały ze ściany i z wyjątkowo głośnym „bum” uderzyły w przeciwległą ścianę korytarza. Harry otworzył usta, zaszokowany.
– Starałem się… Ja nie chciałem… – mamrotał, ale Snape nie zwracał uwagi na jego słowa. Mistrz Eliksirów pchnął go łokciem w stronę drzwi.
– Cóż… można się było spodziewać – mruknął. – Pośpiesz się – wysyczał i wyskoczył na ciemny korytarz. Na ich szczęście panował tam zupełny chaos: pył krążył w powietrzu, światło wszystkich pochodni było przyćmione. – W prawo – dodał szybko i zniknął Harry’emu z oczu.
Snape pomimo swojej choroby i zmęczenia poruszał się szybko, i Harry nie był w stanie za nim nadążyć. Bolała go dosłownie każda część ciała, nie mógł oddychać z powodu kurzu, a bez okularów czuł się bezradny. Kiedy zobaczył, że Snape zniknął w mroku, wystraszył się. Zwrócił się w prawo, wychodząc z celi, po czym natychmiast potknął się o kamień wydarty ze ściany i upadł na podłogę. Poczuł piekący ból w lewym boku, kiedy ostry kawałek metalu otworzył tam starą ranę i głęboko wbił się w ciało.
Harry wrzasnął z bólu.
– Severus! – krzyknął, lecz nie usłyszał żadnej odpowiedzi.
Był sam.
–––––
–
Kiedy wrócisz? – zapytała Lupina zmartwiona Ania.
– Nie wiem dokładnie, kochanie. Jak powiedziałem, idziemy uratować dwóch przyjaciół z więzienia złego czarodzieja, i to będzie bardzo trudne zadanie. Ale jestem pewny, że będziemy z tobą jutro rano, dobrze?
Mała dziewczynka skinęła głową.
– Aniu… jeżeli coś mi się stanie, zostaniesz z tym prostackim facetem, co stoi za mną, i on się tobą zajmie.
– Co..? Remmy, nie mówisz chyba powa… – zaczął Black.
– Zamknij się – burknął Lupin i zwrócił się znowu do dziewczynki. – Widzisz, tak jak mówiłem, jest trochę nieokrzesany, ale kocha cię i na pewno o ciebie zadba. W porządku?
– Ale ty wrócisz. – Dziewczynka popatrzyła na niego błagalnym wzrokiem.
– Postaram się. Nie obiecuję ci, ale i tak się postaram. Dobrze?
– Nie. Jak nie jesteś pewny, że wrócisz, to nie idź!
– Aniu… muszę… Pewien chłopiec tam na nas czeka. Umrze, jeśli go nie uratujemy. Musisz to zrozumieć, proszę…
Dziewczynka nie odpowiedziała, tylko przytuliła się mocno do wilkołaka.
– Proszę, wróć. – Moczyła mu ubranie łzami. – Proszę, Remmy…
Lupin nie powiedział słowa, tylko głaskał ją po włosach spokojnymi, kojącymi ruchami. Chciał wrócić, naprawdę.
– Nie zapomnijcie: naszym głównym atutem jest zaskoczenie… Ale musimy być gotowi na zmierzenie się ze wszystkim… Nie wiemy co tam na nas czeka, więc… – Twarz Dumbledore’a pociemniała. – Proszę, bądźcie ostrożni. BARDZO ostrożni. Nie chcę stracić żadnego z was.
Widział, jak na twarzach obecnych odbijają się różne emocje, kiedy rzekł te słowa. Dwadzieścia twarzy – dwudziestu sprzymierzeńców, nie więcej. Nie zamierzał ryzykować więcej istnień w tak ryzykownym przedsięwzięciu. Dwudziestu – i starał się też zostawić silnych sprzymierzeńców za sobą, w razie gdyby… Gdyby nie wrócili.
Odwrócił się do McGonagall.
– Minerwo, znasz swoje zadanie. – Czuł, że jego twarz była jak wykuta z kamienia. Iskierki dobrego humoru zniknęły z jego oczu. McGonagall przytaknęła.
– Tak, Albusie. Będę czekać na was tutaj, na wypadek…
– Nie, Minerwo. Nie wrócimy tutaj wszyscy. Tylko ja, jeżeli przeżyję. Musisz poczekać na nas w Snape Manor. To będzie punkt spotkania. Poppy też tam do ciebie dołączy.
– Ministerstwo, Albusie?
Dyrektor przytaknął.
– Będą podejrzewać Zakon, jak zawsze. Pierwszym miejscem jakie przeszukają, będzie szkoła.
– Inni… Czy oni wiedzą? – zapytała poważnie McGonagall.
– Oczywiście, pani profesor, wiemy… – Usłyszała za sobą starczy głos. Natychmiast odwróciła się zaskoczona. – Alastorze, ty tutaj? – Oczy profesorki rozszerzyły się, kiedy zobaczyła starego Aurora.
Moody wyglądał na trochę zmieszanego.
– Cóż… tak. Poprosiłem mojego starego przy… – Podniósł wzrok na Dumbledore’a i natychmiast się poprawił. – Poprosiłem Albusa, by pozwolił mi przyłączyć się do tej wyprawy. Ale… wybacz mi… Chciałbym porozmawiać z nim, ehm… na osobności.
McGonagall nie poruszyła się, tylko skrzyżowała ręce na piersi, przymrużyła oczy i zapytała ostro:
– Porozmawiać z nim… o czym? Czy chcesz przekonać go, by zostawił tam Severusa, w rękach tego brutalnego sukinsyna? Czy chcesz zabezpieczyć swoje prawo do niego po powrocie? Nie, Alastorze, Severus jest… – wysyczała profesor groźnie, ale Dumbledore przerwał jej łagodnym ruchem ręki.
– Minerwo, proszę… pozwoliłem mu dołączyć do naszej… wyprawy i teraz chcę również porozmawiać z Alastorem… na osobności. – Westchnął lekko, patrząc na koleżankę. – Obiecuję ci, że nie będzie mnie w stanie przekonać, by zostawić tam Severusa, dobrze?
McGonagall przytaknęła i posłała ostatnie, gniewne spojrzenie aurorowi.
– W takim razie w porządku. – Dołączyła do grupy stojącej w głównym wejściu.
– Więc, Alastorze? – zwrócił się Albus chłodno do swojego byłego przyjaciela.
Moody spojrzał mu prosto w oczy.
– Albusie, chciałem przeprosić. Miałeś rację, kiedy…
– Nie jesteś mi winien żadnych przeprosin. Winien je jesteś Severusowi – powiedział Dumbledore, ale jego głos był już trochę cieplejszy.
– Wiem, Albusie. Chociaż mam wrażenie, że nie będę miał szansy powiedzieć mu tego osobiście. – Stary mężczyzna zruszył ramionami. – Ale przysięgam ci, jeżeli będę mógł, to go przeproszę. Ale… w każdym razie chcę cię prosić, byś przekazał mu moje przeprosiny. Myliłem się. – Oboje jego oczu, to magiczne i to zwykłe, skierowane były na człowieka stojącego przed nim. – Myliłem się przez te wszystkie lata. Zrobiłem straszne rzeczy. Niektórych z nich jednak nigdy nie będę żałował. Ale co do Snape’a… Zawiodłem. Nie mam żadnego usprawiedliwienia na to, co zrobiłem. Powiedz mu, Albusie. Powiedz mu, proszę.
Dumbledore nic nie powiedział, tylko skinął głową. Twarz starego aurora wypogodziła się trochę.
– Dziękuję – powiedział i odszedł.
Kilka minut później Dumbledore i kilka wybranych osób z Zakonu wyruszyło w stronę Punktu Aportacyjnego, który leżał w głębi Zakazanego Lasu. McGonagall patrzyła za nimi, stojąc obok Ani w szkolnej bramie.
Kto wiedział, co czekało tę małą grupę? Oni – Zakon – zawsze byli tacy samotni na tej wojnie… jak piętnaście lat temu, kiedy Ministerstwo nie ignorowało Voldemorta, ale za to prowadziło głupie akcje przeciwko niemu, które powodowały więcej szkody niż pożytku… Tak wielu ludzi straciło życie z powodu głupoty ministra… I wyglądało na to, że nic się nie zmieniło w ciągu tych piętnastu lat. Minister był kompletnym idiotą, a wszyscy aurorzy byli jak Moody: bezwzględni dranie, którzy nie zdawali sobie sprawy z konsekwencji swoich czynów… Nienawiść zawsze wywoływała nienawiść, ból wywoływał więcej bólu, a zemsta wywoływała zemstę… niekończące się bezsensowne koło, a oni tego nie widzieli, nigdy tego nie widzieli. Głupi kretyni.
Kretyni, którzy będą walczyć przeciwko sobie, jak przed laty… Zakon Feniksa zawsze był zmuszony walczyć na wojnie nie tylko przeciwko Mrocznej Stronie, ale również przeciw głupocie społeczeństwa czarodziejów.
Patrzyła za oddalającą się grupą.
A jeśli nie zdołają uratować Harry’ego? Co zrobią czarodzieje bez swojego wyznaczonego, chociaż nastoletniego, wybawiciela? Co poczną jego przyjaciele, co będą czuli? Co ona będzie czuła?
Co będzie, jeśli nie zdołają uratować Severusa? Gorzkiego i sarkastycznego, a jednocześnie pomocnego i oddanego przyjaciela? „Wstrętny typ”, jak mówili o nim uczniowie, a go po prostu zbyt dręczyło sumienie, by mógł zachowywać się normalnie. Ale czasami prowadzili wspaniałe rozmowy – i kłótnie, tak, wielokrotnie się kłócili, odkąd Harry zaczął swoją naukę w Hogwarcie i został mieszkańcem jej domu. Ale Severus zawsze bronił chłopca i kiedyś przyznał się, że złożył przysięgę Lily… Tak, Severus dotrzymywał przysiąg. I zawsze był lojalny wobec Quietusa, który w końcu zawrócił go z mrocznej drogi. Dumbledore zrobił z niego szpiega, bardzo pożytecznego, sprytnego szpiega, który nigdy o nic nie pytał, tylko robił, co chciał Albus, a często nawet dużo więcej…
Jej myśli zatrzymały się na chwilę przy Quietusie. Quietus był prawdopodobnie najmądrzejszym uczniem Hogwartu tego stulecia. Bez wątpienia był jednym z najbardziej utalentowanych i wytrenowanych czarodziei – i człowiekiem o najlepszym sercu. Był zupełnym przeciwieństwem Voldemorta i Dumbledore planował by został jego następcą… Całkowicie się załamał, kiedy Severus pojawił się z ciałem swojego martwego brata w ramionach TAMTEJ nocy. Dyrektor rzadko się odzywał w ciągu tamtych dni, w rzeczywistości nigdy nie przebolał tej straty. Nie winił Severusa. Mistrz Eliksirów sam to jednak robił.
Popatrzyła ostatni raz za małą gromadką, teraz znikającą w Zakazanym Lesie.
A jeśli nie wrócą? Czy będzie w stanie prowadzić tę wojnę? Bez mądrości Dumbledore’a? Bez sprytu Fletchera? Bez wierności Arabelli, mocy Dawna, poczucia humoru Andrewa, gorliwości Etherny’a…? Nie wspominając o Lupinie i Blacku, którzy nie byli członkami Zakonu – jeszcze nie – ale stracić ich… Ostatnich Huncwotów…
Dwudziestu lojalnych i silnych czarodziejów. Gdzie oni zmierzali?
–––––
–
Harry, wstawaj! Szybko! – Chłopiec usłyszał ostry głos w
ciemności.
– Nie mogę – wyszeptał z rozpaczą. – Coś… w boku… – jęknął płaczliwie.
– Och, nie. Nie teraz! – wymamrotał Snape gniewnie, przez zaciśnięte zęby. Harry zląkł się, ale po chwili zrozumiał, że profesor nie był zły na niego, tylko na okoliczności. – Powinieneś był być bardziej ostrożny – mruknął profesor, wsuwając obolałe ręce pod brzuch Harry’ego. – Wstań, powoli. Poniosę cię.
– Nie – Harry potrząsnął głową. – Tylko pomóż mi wstać, pójdę, ale… nie zostawiaj mnie znowu, proszę…
– …Przepraszam… – usłyszał ciche mamrotanie. – Myślałem, że za mną idziesz…
Snape podniósł go.
– Postaw mnie – Harry syknął ze złością. – Mogę iść.
– Naprawdę? – To był sarkastyczny głos starego Mistrza Eliksirów.
Na trzecim stopniu Snape musiał się zgodzić z Harrym. Postawił go.
– Złap mnie za ramię, Harry – wyszeptał. Uparty Harry odrzucił propozycję i sam poszedł w górę. To była długa i bolesna droga na drugie piętro.
– Stać! – zabrzmiał ostry głos za nimi. Harry odwrócił się najszybciej jak mógł i podniósł patyk w swoim ręku.
– DRĘTWOTA! – krzyknął głośno.
W następnym momencie korytarz za nimi zaczął się walić.
– No nie, Potter, to było naprawdę głupie… Wystarczyłoby gdybyś wyszeptał te cholerne zaklęcie… – wysyczał Snape i szturchnął łokciem zastygłego bez ruchu chłopca. – Szybciej, jeśli nie chcesz tu umrzeć.
Harry ocknął się i podążył za Snape’em.
– Złap mnie za ramię, głupi chłopaku – burknął gniewnie Mistrz Eliksirów. – Ja nie mogę ciebie chwycić – dodał gwałtownie. Harry nie ośmielił się kłócić i złapał go ostrożnie za ramię. Przez kilka minut pozwalał się ciągnąć. Korytarz zawalił się do reszty, wszystko było zamazane i ciemne od kurzu. Harry zakaszlał i starał się utrzymać oczy otwarte.
– Severusie… – powiedział po chwili. – Nie mogę iść dalej. To… boli… w boku.
– MUSISZ Potter! – W głosie Snape’a było więcej desperacji i strapienia niż gniewu. – Harry, proszę…
Harry zacisnął zęby i podniósł nogę. Następny schodek… i jeszcze jeden… Coś ciepłego i mokrego spływało mu po lewym boku i nodze. Nagie stopy bolały od chodzenia po nierównym gruncie. Siły go opuszczały… Wszystko stawało się ciemniejsze i ciemniejsze, zamglone, nic nie słyszał, i wreszcie nic już nie czuł… nie czuł, że upada; nie słyszał, jak Snape zasyczał z bólu, podnosząc go i trzymając w ramionach, delikatnie i troskliwie…
Wszystko wokół niego stało się czarne.
…
Obudziło go uderzenie w policzek.
– Harry, Harry… obudź się! Nie mamy czasu! – rozległ się nagle ostry głos nad nim.
– C…co? – Czuł się znacznie lepiej, ale nie śmiał otworzyć oczu. – Gdzie jestem?
– W moim laboratorium. I po tym jak wypiłeś wszystkie moje zapasy, nie możesz być taki słaby i chory, by nie móc iść i biec. Załóż jakieś ubranie. Szybko!
Harry otworzył oczy. Znajdował się w małym laboratorium eliksirów, leżał na blacie dużego biurka. Widział, jak Snape sięga do szafy. Wziął z niej jakieś ubrania. Wyglądał na bardzo spiętego.
– Załóż to – rozkazał i Harry zauważył, że profesor już był ubrany. Uśmiechnął się i włożył za duże ubrania, którym Snape skrócił szybko nożycami rękawy i nogawki.
– Czujesz się lepiej? – zapytał profesor.
– Znacznie – uśmiechnął się Harry.
– Dzięki Bogu – mruknął Snape. – Przez chwilę myślałem, że umarłeś. Ten hak w twoim boku… Uch… – wzdrygnął się. – Poczujesz go, jak znikną efekty Eliksiru Znieczulającego, ale mam nadzieję, że dotrzemy do Hogwartu zanim…
– Gdzie oni są? – zapytał Harry.
– Myślę, że przeszukują zawalony korytarz, w poszukiwaniu naszych ciał. – Krótki, suchy śmiech. – Ale to nie zajmie im wiele czasu, chyba. Musimy się pośpieszyć. Będą podejrzewać, że przyszedłem tutaj.
Harry przytaknął.
– Czy jest stąd inne wyjście?
– Oczywiście. – Snape uniósł brwi, nieco zirytowany. – Jest ukryte przejście za obrazem.
Skinął głową w stronę muru. Harry spojrzał na obraz, który nie był jednak malowidłem, lecz magicznym zdjęciem kruka. Nic nadzwyczajnego: zwykły czarny kruk. Ptak zatrzepotał skrzydłami jakby witając Harry’ego i skłonił głowę grzecznie. Harry ukłonił się w odpowiedzi, rozbawiony.
Po chwili zauważył, że Snape stoi za nim. Harry odwrócił głowę do niego.
– Dlaczego powiesiłeś taki obraz na ścianie?
– To nie jest zwykły obraz, Harry. – Wydawało się, że Snape już się tak nie śpieszy. – To jest Quietus w swojej formie animaga.
Harry od razu odwrócił się do obrazu i zobaczył jak kruk przytakuje głową słowom profesora.
– Och nie… – jęknął boleśnie. – Czy on wie, że…?
Kruk pokiwał powoli głową.
– To była pierwsza rzecz, jaką mu powiedziałem, kiedy się tu dostałem – odpowiedział Snape spokojnie. – Ale, Harry, nie mamy czasu…
– Nie chcę zostawiać tego obrazu… – oświadczył Harry.
– Czy znasz jakieś pomniejszające zaklęcia?
– Oczywiście – odpowiedział chłopak. – Chociaż nie śmiem spróbować tego różdżką naszej roboty…
– Nie potrzebujesz już jej Harry, tu jest różdżka twojego oj… Quietusa. Siedemnaście cali, wiśnia, pióro kruka.
Harry poczuł się zakłopotany.
– Dlaczego TY jej nie użyjesz?
– Różdżka mnie nie lubi – odpowiedział po prostu. – Myślę, że będzie pasować do ciebie.
W wyciągniętej dłoni Snape’a czekała na Harry’ego różdżka. Chłopak sięgnął po nią z ociąganiem i najpierw tylko dotknął jej ostrożnie: wiedział, że w czarodziejskim świecie każda magiczna rzecz wpływała na osobę, która jej dotknęła. A TO nie była tylko prosta magiczna rzecz – TO było dużo więcej. To była różdżka jego ojca.
Dziwne, odległe uczucie… Jego ojciec, który umarł zanim on się nawet urodził, który nigdy nawet nie wiedział o możliwości posiadania syna… Cóż, Harry nie pamiętał również Jamesa ani swojej matki, ale był przyzwyczajony do myślenia o nich jako o rodzicach… I to podobieństwo pomiędzy nim i Jamesem Potterem. Ale Quietus Snape był zupełnym nieznajomym w każdym sensie tego słowa.
Dlaczego miał przez to wszystko przechodzić? Dlaczego?
Nie mógł odpowiedzieć na swoje pytania i nagle był zupełnie pewny, że było za późno. Było za późno na to wszystko. Nigdy nie będzie w stanie myśleć o Quietusie Snape’ie jako o swoim ojcu. Było po prostu za późno na to. I to była wina jego matki i Dumbledore’a. Trzymali to w sekrecie przed nim, chociaż ten człowiek nie zasłużył na zapomnienie…
Kiedy palce chłopca wreszcie dotknęły delikatnego drewna, znajome uczucie przebiegło przez jego ciało. To było jak wtedy, gdy dotknął swojej własnej różdżki. Nagle chwycił ją mocno.
W pierwszej chwili nic się nie stało. Ale kiedy poruszył ręką, otoczyły go myśli i emocje, musiał zamknąć oczy. Zrobił się blady.
Snape przestraszył się.
– Harry? – zapytał ostrożnie. – Czy wszystko w porządku?
Chłopak natychmiast głęboko zaczerpnął powietrza i otworzył oczy.
– Severusie… – w jego głosie był ból. – Severusie, chcę cię o coś prosić… o coś poważnego.
– W czym problem? – Lęk Snape’a wzrósł.
– Nie, ja tylko… chciałem cię prosić… – Harry przerwał na chwilę. – W razie gdybym ja… gdyby coś mi się stało, proszę, obiecaj, że ty… że ty nie zrobisz nic głupiego… Nie będziesz się obwiniał, obiecaj mi, proszę…
– Harry, nic się nie stanie – profesor potrząsnął głową. – Zaufaj mi. Wydostaniemy się stąd. Zjemy pyszne śniadanie jutro w Hogwarcie, dobrze?
– Obiecaj mi, proszę – Harry błagał. – Proszę – powtórzył.
– W porządku, obiecuję, ale… dlaczego mnie o to prosisz?
– Nie wiem… Może to było po prostu ostatnie życzenie twojego brata przed śmiercią…
– Możliwe – Snape westchnął z wyraźną ulgą. – Teraz chodźmy… Będą tutaj lada chwila.
– Moment. – Harry zmniejszył obraz szybkim machnięciem różdżki i schował go do kieszeni. – Teraz możemy iść.
Zniknęli w ciemnym tunelu.
–––––
Dwudziestu
ludzi stojących obok siebie w dziwnym kręgu w Zakazanym Lesie, to
musiałby być szokujący widok dla każdego, który miałby
okazje to zobaczyć, pomyślał sarkastycznie Fletcher. W środku ich
dziecinnie wyglądającego kółka stał na wpół
przytomny Nott, różdżka Dumbledore’a wskazywała prosto na
niego.
– W chwili gdy dotrzemy do celu każdy chwyci swoją różdżkę – rozkazał dyrektor surowo.
– Wiemy o tym, Albusie. Nie jesteśmy uczniami przygotowującymi się do OWTM’ów – burknął Fletcher gniewnie. – Nie musimy powtarzać podstaw…
Black wymamrotał coś co brzmiało jak „właśnie”, ale Lupin uciszył co ostrym spojrzeniem.
– Wiem, Mundungusie – westchnął Dumbledore. – Ufam wam wszystkim. Ja tylko chciałem… – Nie dokończył zdania. Fletcher poczuł znajome szarpnięcie, kiedy las zniknął. Bardzo dobrze, pomyślał. Taki sam efekt, jak świstoklik. Jedyna różnica był taka, że tym razem to Nott był ślistoklikiem.
Ciężko uderzyli o ziemię, kiedy wylądowali i ich pierwszym odruchem było wyciągnięcie różdżek.
Otoczył ich śmiertelny chłód. Ziąb jak w najcięższą zimę. To był chłód nieistnienia, pustki. Zła i bezwzględności.
– Och nie, Remmy – jęknął Black z rozpaczą. – Dementorzy…
– I wilkołaki – dodał Lupin cicho. – Jesteśmy okrążeni ze wszystkich stron.
– Wiedzieli o naszym przybyciu – oświadczył Fletcher ponuro.
– Cisza – usłyszeli głos Dumbledore’a. – Różdżki w dłonie i kiedy się zbliżą, Biali utworzą Patronusa, Żółci spróbują oślepić nadchodzące wilkołaki. Czerwoni będą w pogotowiu, a Zieloni stworzą tarczę jak tylko Patronusy ruszą.
Lupin i Black popatrzyli na innych.
– A bezkolorowi? – zapytał nagle Black.
Dało się słyszeć stłumione parskanie śmiechem.
– Black, ty będziesz Biały. – Ktoś zachichotał nerwowo. – Lupin Zielony. Alastor Żółty.
Black zamknął oczy. Niedobrze. On jako Biały! On NIE MÓGŁ stworzyć Patronusa. Już był zmartwiały i w szoku z powodu znajomego uczucia, które nadciągało nieuchronnie.
Cienie bez twarzy pojawiły się przed nimi. Wydawało się, że płyną w zimnym powietrzu i pochłaniają wszystkie szczęśliwe myśli ludzi stojących w kręgu.
– TERAZ! – wykrzyknął Dumbledore głosem, o jaki Black nigdy nie podejrzewałby starego mężczyzny. Syriusz podniósł różdżkę, by spróbować zaklęcia, chociaż wiedział, że to nie ma sensu, ale Lupin trącił go łokciem.
– Zielony – szepnął mu do ucha po czym powiedział głośno, czysto i odważnie. – Expecto Patronum!
Pięć rozmaitych kształtów pojawiło się w mroku i ruszyło w kierunku groźnych postaci. Powietrze ociepliło się trochę. Black machnął różdżką jako Zielony i zbudował dookoła ich magiczną tarczę. Ale wilkołaków to nie powstrzymało. Przynajmniej trzydzieści z nich wyskoczyło z lasu i biegło w ich kierunku.
– Trzymajcie się razem. Nie ruszajcie się – usłyszeli głos dyrektora.
Żółci oślepili osiem z potworów, zanim dotarły do kręgu. Pozostałe jednak były w stanie przebić się. Porządek kręgu został zachwiany. Wyjątkowo duże zwierzę zaatakowało dyrektora, kolejne skoczyło na Fletchera, który próbował walczyć i kierować swoim Patronusem jednocześnie. To było niemożliwe. Wilkołak otworzył paszczę, jego kły zabłysły z półmroku. Fletcher zrezygnował z kierowania swoim Patronusem i starał się uniknąć ugryzienia przez bestię. Prawie mu się udało, kiedy drugi dołączył się do pierwszego, a po chwili trzeci.
Dumbledore również zmuszony był walczyć przeciwko nim, jak inni Biali, i po chwili pozostał tylko jeden Patronus walczący ze zbliżającymi się dementorami – należał do Lupina, którego omijali jego „współplemieńcy”.
Wytrzymałość Blacka kurczyła się, kiedy dementorzy byli coraz bliżej. Jego wzrok rozmył się i zobaczył Annę – martwą w ich zrujnowanym pokoju; swoich rodziców leżących na podłodze, torturowanych i martwych, tak jak ich córka… Potem zobaczył list Judith, w którym pisała że wychodzi za mąż za innego… Upadł na kolana i jęknął.
– Drętwota! – stanowczy głos ogłuszył przynajmniej pięć wilkołaków, ale było ich więcej.
– Expecto Patronum!
– Expelliarmus!
– Seco!
– Uro!
Walka stawała się coraz bardziej zacięta. Po chwili zapomnieli, po co tu przybyli, walczyli o własne życie. Zostali rozproszeni, walczyli jeden na jednego.
– Nie ma już nadziei – pomyślał Black, kiedy poczuł jak ktoś ciągnie go za ramię.
– Wstawaj, idioto – warknął gniewnie chłodny głos. Moody.
– Zostaw mnie, sukinsynie. – Black wyswobodził się z uchwytu Aurora.
– Uratowałem ci życie, kretynie.
– Zamknij się, bydlaku.
– Zamknijcie się obaj. – Trzeci, przyjemniejszy głos wtrącił się do rozmowy. – Chodźmy! Nikt nas nie śledzi. Inni walczą z Bestiami Mroku. Musimy znaleźć Harry’ego i Severusa…
W pośpiechu, odbiegli od swoich towarzyszy w kierunku wielkiego budynku. Na skraju lasu zatrzymali się.
– To może być pułapka – wyszeptał Lupin.
– Cała ta sytuacja jest pułapką – burknął gniewnie Moody. – Ale nie mamy innego wyjścia… poczekajcie tutaj. Ja podejdę bliżej. Jeżeli coś mi się stanie, nie idźcie za mną – uciszył dwójkę przyjaciół i odszedł.
Zrobił tylko kilka kroków… Co najmniej dwadzieścia postaci pojawiło się w oknach budowli.
– Crucio!
– Och, nie! – Twarz Lupina przybrała szarą barwę i zrobiło mu się niedobrze. – Dwudziestokrotny Cruciatus… Umrze za chwilę… DRĘTWOTA! – wyskoczył spomiędzy drzew, broniąc starego aurora.
– Finite Incantatem! – Black podążył za przyjacielem.
Podczas tej chwilowej przerwy złapali nieprzytomnego mężczyznę i zaciągnęli go do lasu.
– Idioci! – Starzec najwyraźniej wcale nie był nieprzytomny. – Powinniście byli mnie zostawić! Uciekajcie! Będą tu w każdej chwili! Zostawcie mnie!
– Nie! – wykrzyknął gniewnie Lupin.
– Tak! Macie coś do zrobienia. Uwolnijcie Pottera i Snape’a. Idźcie! Zostawcie mnie!
Lupin chciał coś powiedzieć, ale w następnej chwili usłyszał odgłos zbliżających się kroków.
– Idźcie! – burknął auror. – TERAZ!
Lupin zdecydował. Złapał swojego przyjaciela za ramię i zniknęli za drzewami. Ale wszystko słyszeli.
– Avada Kedavra! – To był głos Moody’ego. Ale następny nie na leżał do niego.
– Avada Kedavra!
Wszystko ucichło.
– Nie możemy ich ocalić – westchnął Black. – Nie zdołamy podejść do budynku. Zastanawiam się czy inni jeszcze żyją.
– Chodźmy, Siri. Musimy jakoś spróbować.
–––––
Ciemny
tunel nie był zbyt długi: kończył się kilka pokoi dalej. Stamtąd
wybrali inną drogę: ukryte, ciemne przejścia, osnute półmrokiem
galerie, pomosty, inne tunele, pokoje i korytarze. Po chwili Harry
stracił orientację, po prostu podążał za Snape’em rozmyślając
o swoim życiu i nowo odkrytych wiadomościach.
Weszli do dużej łazienki, gdzie Snape odsłonił właz i kazał Harry’emu wspiąć się do niego. Kiedy obaj już byli w środku, Harry zaryzykował ciche pytanie:
– Gdzie teraz idziemy?
– Na dziedziniec. Tam jest sadzawka, ten tunel tam się kończy.
– Nie potrafię pływać. – Harry przełknął ślinę, czując rosnące przerażenie.
– Nie musisz. Tylko złap mnie za ramię kiedy ci powiem i weź głęboki wdech zanim zanurkujesz.
Harry zadrżał, kiedy wspinał się dalej. Nie czuł bólu, ale nie było również z nim dobrze. Snape wyjaśnił mu, że nie byli zdrowi – nie było czasu na leczenie. Po prostu przedawkowali przeciwbólowe i wzmacniające eliksiry. To cud, że w ogóle mogli się poruszać.
Harry widział, że ręce Snape’a też nie działały prawidłowo, nadal nie mógł utrzymać niczego, czy zacisnąć dłoni w pięści. Nie miał swojej różdżki, chociaż włożył sobie za pas przemienioną pochodnię. Na wszelki wypadek, wyjaśnił, widząc zdziwiony wzrok Harry’ego.
– A jeżeli czekają na nas na końcu tunelu? – zapytał nagle chłopiec.
– Nie wiem. W takim przypadku nie mamy zbyt wiele szans na przeżycie. – Snape wzruszył ramionami. – Chociaż nie wiem czy znają to wyjście. Tunel z mojego laboratorium zrobiłem po zmianie stron, by mieć możliwość ucieczki w razie… ujawnienia. Potem odkryłem tę drogę. Nazwałem ją „wyjściem awaryjnym”.
– Rozumiem…
Kiedy dotarli do końca tunelu, cisza się skończyła. Słyszeli różne dźwięki i hałasy, stłumione i odległe krzyki.
– Co to? – zapytał nerwowo Harry.
– Nie wiem – odpowiedział Snape. – Może przygotowania do uczty. Muszą być teraz bardzo podekscytowani: odkryli zdrajcę i złapali największego wroga ich pana…
– Ale podejrzewam, że już wiedzą o naszej ucieczce…
– Nie wiem… Nikt za nami nie idzie, co znaczy, że nie dotarli jeszcze do mojego gabinetu. Jeszcze nie. Albo stracili nasz ślad… To dziwne… Coś jest nie tak…
– Albo coś ich odwraca ich uwagę… – wyszeptał Harry z nadzieją.
– Czy myślisz, że Dumbledore nas odnalazł? – Ku zdziwieniu Harry’ego, głos Snape’a też wydawał się pełen nadziei.
– To możliwe, prawda?
– Tak, ale… – Twarz Mistrza Eliksirów spochmurniała. – W takim razie podejrzewam, że tu już oczekiwano na nich.
– Co?
– Jak powiedziałem, miałem przeczucie, że ktoś w sztabie Dumbledore’a wynosi informacje…
– Czy to znaczy…? – Harry nie ośmielił się dokończyć zdania.
Snape skinął głową.
– Ale przynajmniej nie spodziewają się niczego po nas. I może mamy szansę uciec niepostrzeżenie.
– Ale nie możemy ich zostawić! – Harry wytrzeszczył oczy na Snape’a. – Jeśli mają kłopoty…
– …to ty NIE jesteś odpowiednią osobą by ich ratować! Oni przybyli ratować ciebie. Jeśli możesz uciec z ich pomocą, musisz to zrobić. Nie obracaj ich poświęcenia w niwecz przez głupie demonstracje, Harry. Musimy się stąd wydostać.
– Ale musimy ich jakoś zawiadomić, że my…
– Nie. Musimy dotrzeć do Hogwartu, zanim minie działanie eliksirów i nie będziemy w stanie poruszyć się bez krzyków. Zrozumiano?
Harry nie był do końca przekonany, ale przytaknął.
– W porządku. Słuchaj. Kiedy wydostaniemy się z sadzawki, musimy dotrzeć do lasu. Tam kończy się pole antyaportacyjne. Jak tylko przekroczymy tę granicę, natychmiast się deportujemy. Żadnych głupich akcji, nie myśl o tym, jak pomóc innym. TY jesteś teraz najważniejszy.
Harry zobaczył przed sobą wodę.
– Jak długo potrwa… zanim wyjdziemy z sadzawki? – zapytał cienkim głosem.
– To około trzydziestu jardów. Jedna krótka minuta. Ale jak tylko wydostaniemy się z wody, musimy biec. – Snape zatrzymał się na chwilę. – W porządku, Harry? – zapytał zmęczonym głosem.
– W porządku, Severusie. – Podszedł do mężczyzny i objął go na chwilę. – Dziękuję.
– Ehm… – Snape nie wiedział, co odpowiedzieć. – W takim razie… chwyć mnie za ramiona. Wciągnij głęboko powietrze, teraz!
Zanurkowali pod wodę.
–––––
–
Remmy, oni tu są… – wyszeptał rozpaczliwie Black. – Czuję
ich, o mój Boże…
Zaczął gwałtownie dygotać.
– Siri… Siri, uspokój się, jestem tu…
– Anna… – Black upadł, jęcząc.
– Syriusz, trzymaj się! – Lupin podniósł różdżkę. – Będę cię chronił. Expecto Patronum! – wykrzyknął, drugą ręką starając się podnieść przyjaciela z ziemi. – Syriuszu, nie możesz się poddawać! Nie teraz!
– Tak – jęknął Black w odpowiedzi. – Ja tylko…
– Musimy się deportować, Siri, jeżeli…
– Ale Harry…
– Umrzemy i nie pomożemy mu, Syriusz… Nie możesz zrozumieć?
– Zawiedliśmy… – wyszeptał Black.
– To nie nasza wina. To była pułapka. Ktoś nas zdradził. I z całą pewnością nie Snape.
– Cóż… masz rację, tylko…
– CRUCIO!
Trzech Śmierciożerców pojawiło się przed nimi i Lupin przeklął, własną nieostrożność, kiedy padł na ziemię, skręcając się w ogromnym bólu. Jego Patronus zniknął, a dementorzy zbliżyli się.
– Nieee! – wrzasnął Black.
Lupin jednak cierpiał w milczeniu. Więc taki był ich koniec. Nigdy tak tego nie sobie wyobrażał… Dwie potworne postacie podeszły bliżej do dygocącego mężczyzny i zdjęły kaptury pochylając się, by złożyć pocałunek.
Wrzaski Blacka stały się nie do zniesienia, ale Lupin był jak skamieniały ze strachu. Nie. Nie TAKI koniec… Ból i pocałunek jednocześnie…
– Drętwota!
– Expecto Patronum!
Dwa silne zaklęcia odpędziły napastników.
– Było blisko, Arabello. – Lupin odetchnął z ulgą, słysząc głos Fletchera. – Wstawajcie! – krzyknął Mundugus do dwóch mężczyzn, leżących na ziemi. – Bitwa się jeszcze nie skończyła.
– Gdzie reszta…? Co się stało z innymi?
– Etherny i Noah zginęli. Moody gdzieś zniknął…
– On również zginął… – wyszeptał słabo Black.
– Rozumiem. Inni zaczęli podchodzić do budynku. Większość dementorów zniknęła, nie wiemy dlaczego. Wilkołaki również… Coś jest nie tak. – Głos Figg był poważny i chłodny. – Wstawajcie! Musimy dołączyć do reszty…
Black i Lupin zerwali się na nogi.
– W porządku… – zaczął Fletcher, ale nie skończył. Przerażający krzyk zabrzmiał w ciemności.
– HARRY! NIEEEEEEEEEEEEEE! DRĘTWOTA!
Potem zaległa cisza.
–––––
Kiedy
dotarli do brzegu, Snape wypchnął chłopca z wody i sam wspiął
się za nim. Las wydawał się być tak daleko…
– Musimy biec, Harry…
– Chodźmy! – Chłopak skinął głową w odpowiedzi.
Zerwali się z ziemi i zaczęli biec w kierunku drzew. Harry’emu zrobiło się słabo, poczuł jak bok zaczyna znowu go boleć. Nogi również. Potem pierś. I ramiona. Po dwóch godzinach wspinania i wysiłków eliksiry zaczęły tracić moc.
Harry potknął się, zwolnił. Potem znowu… Zaczęło mu się kręcić w głowie i ból nasilił się… Dlaczego? Zapewne dlatego, że faktycznie byli w okropnym stanie i ich organizmy były przemęczone… Harry nie był już w stanie dłużej biec. Kuśtykał za Snape’em, który najwyraźniej nie czuł, że eliksiry przestają działać i biegł najszybciej jak potrafił… A Harry nie mógł go zawołać. Był za słaby.
Upadł na kolana. NIE! Musi być silniejszy!
Walcząc z bólem i słabością wstał, i pokuśtykał za Mistrzem Eliksirów. Jednak odległość między nimi była po prostu za duża. Nie dogoni go w tym życiu, w jakiś sposób Harry był o tym przeświadczony.
A potem… Znajome uczucie zimna zatrzymało profesora i sparaliżowało Harry’ego. Przez chwilę wszystko stało się czarne i słyszał głos swojej matki jak błaga Nie Harry, proszę… ale już w następnej chwili wyciągnął różdżkę swojego ojca i skoncentrował się na trzęsącej się postaci swojego profesora, który zaoferował mu więcej niż ktokolwiek; który dzielił z nim ból i tortury, całe życie… Chłopiec podniósł różdżkę i powiedział spokojnie, ale stanowczo:
– Expecto Patronum!
Jego Patronus, jeleń – jego drugi ojciec, jego obrońca pojawił się przed Harrym, skłonił się mu i zrobił coś, czego Harry był pewien, że Patronus NIE powinien potrafić: nie tylko odpędził ich… unicestwił ich! Przegrali i zniknęli, i nie było ich już nigdzie. Nigdy więcej.
Snape odwrócił się, dziwny wyraz na jego twarzy… Zaskoczony i zdumiony… ale nagle zmienił się w przerażenie: jego oczy rozszerzyły się w wyraźnym lęku; otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Czas jakby się zatrzymał, a może po prostu płynął bardzo powoli? Harry nie wiedział tego, ale wszystko wyczuł naraz: przerażenie Snape’a, jego znikającego Patronusa i pojawiających się dookoła Śmierciożerców i jednego wskazującego różdżką dokładnie na niego.
Harry rozpoznał go natychmiast.
Glizdogon.
Peter Pettigrew. Zdrajca. Morderca jego rodziców. Morderca Berthy Jorkins i Cedrika Diggory’ego. Żałosny obrzydliwy sługa Czarnego Pana.
Ten, który miał dług życia względem Harry’ego.
Ale najwyraźniej się tym nie przejmował.
– Avada Kedavra – powiedział po prostu. Znajome zielone światło wystrzeliło z jego różdżki i zbliżało się… zbliżało.
Harry nie mógł się poruszyć. Wiedział, nie zostało mu już nic czasu. Był świadomy tego, że tylko on czuł jak czas zwolnił; jego ciało było w innym świecie, w zwykłym świecie i nie mogło być wystarczająco szybkie, by uskoczyć.
Tylko patrzył się na zielone światło.
Więc taki był koniec.
Jak koniec jego matki.
Jak koniec jego ojca.
Jak koniec Jamesa Pottera.
Voldemort osiągnął swój cel. Zginie lada chwila.
Nie bał się. Nie walczył. Pogodził się z tym: takie było jego przeznaczenie.
Potomek Quietusa musiał zmierzyć się ze śmiercią, by żyć.
Harry nie wiedział co mogło znaczyć to zdanie. Ale teraz miał zmierzyć się ze śmiercią.
Tylko serce go bolało. Severus… Severus będzie całkowicie załamany i zrozpaczony.
Ból nim wstrząsnął. Spojrzał po raz ostatni na Severusa.
– Przepraszam – wyszeptał, a zielona błyskawica uderzyła w niego.
Wszystko stało się czarne. Na zawsze.
–––––
Snape
nie mógł uwierzyć własnym oczom. Dementorzy zostali
pokonani przez Patronusa Harry’ego. Harry’ego… Harry!
Nagle stwierdził, że znowu zostawił chłopca samego. Odwrócił się, przywołując na twarz pokrzepiający wyraz.
A tuż za Harrym… stał cały wewnętrzny krąg. Voldemort pośrodku, a obok niego Pettigrew, wskazujący na Harry’ego swoją różdżką.
Zielona błyskawica.
Zabijające zaklęcie.
Nie.
Harry umrze.
Nie.
Zielona błyskawica dosięgła Harry’ego.
Nie!
Chłopiec upadł na ziemię.
NIE!
Nie mógł się ruszyć.
Harry BYŁ martwy.
Harry był MARTWY.
HARRY był martwy.
– HARRY! NIEEEEEEEEEEEEEE! DRĘTWOTA! – wrzasnął boleśnie, wskazując ich wspólnie zrobioną różdżką na krąg, kiedy biegł do dziecka.
Śmierciożercy zniknęli mu z oczu. Widział tylko Harry’ego.
Jego serce rwało się w kawałki. Wszystko go bolało. Bolało go samo istnienie.
Zawiódł.
To była JEGO wina.
Znowu zostawił chłopca.
Kiedy dotarł do pozbawionego życia ciała, podniósł je delikatnie z ziemi i poszedł powoli na chwiejnych nogach w stronę lasu. Nie dbał o Śmierciożerców. Może miał nawet nadzieję, że go również zabiją. Ale nikt się nie starał go zatrzymać, nikt nie rzucił na niego zaklęcia, kiedy tak szedł.
To było zbyt znajome. Cała ta droga. Chłopak w jego ramionach. Martwy chłopiec. Syn Quietusa.
Martwy jak Quietus.
I on wynosił go z tego przeklętego miejsca, bezradny.
Ciało było takie ciężkie… jak każde martwe ciało.
Quietus był cięższy – był wtedy starszy, był dorosły.
Dorosły? Byli tylko głupimi dzieciakami, obaj… Mniej więcej dwudziestoletnimi…
Ale Harry był tylko dzieckiem. Dzieckiem!
Przytulił go mocno do piersi.
Nie mógł płakać. WTEDY też nie mógł płakać. Chciał – ale nie mógł.
Każde uczucie zostało wydarte z jego serca. Pozostała tylko zimna, pusta przestrzeń.
– Przepraszam, Quietus. Przepraszam, Harry. Przepraszam – powtarzał niezliczoną ilość razy, jak mantrę, dopóki nie dotarł do lasu. Wtedy wyjął różdżkę Quietusa ze słabego uchwytu Harry’ego i zacisnął dłoń dookoła gładkiego drzewca.
W następnej chwili byli w Zakazanym Lesie, w Punkcie Aportacyjnym.
Snape nie był już w stanie zrobić ani jednego kroku. Upadł na ziemię, nadal przytulając ciało Harry’ego i opiekuńczo otoczył martwego chłopca ramionami, jakby mógł osłonić go swoim własnym ciałem…
– Nie chcę się nigdy obudzić… – zabrzmiały jego ostatnie słowa.
| < < Poprzedni | | > Strona główna < | | Następny > > |